Biura, hale, magazyny, a nawet i pokoje nauczycielskie w kłębach dymu – tak bywało kiedyś. Dziś pracowników chroni przed nikotyną stosowna ustawa, a także przepisy bhp. Kto chce zapalić papierosa w czasie pracy, musi wyjść do palarni lub na zewnątrz budynku.
To rozwiązuje problem, ale w zamian tworzy nowy. Pracownicy niepalący są zgodni: palaczom zdarza się traktować swoje uzależnienie jako pretekst do dodatkowych pauz. Wychodzą „na dymka” nawet wtedy, kiedy nie powinni.
Dymek niezgody
Nawet jedno dziennie 5-minutowe wyjście na papierosa poza regulaminowymi przerwami oznacza, że w ciągu miesiąca palący pracuje ok. 2 godzin krócej. W ciągu roku to ekstra trzy dni wolnego. Niby niewiele. Ale jeśli pomnożyć to przez liczbę osób palących, może w skali firmy przynieść znaczące wyniki. A w międzyczasie doprowadzać do konfliktów między pracownikami, do zaburzania rytmu pracy, czy nawet w konsekwencji – do pogorszenia zewnętrznego wizerunku firmy.
Paradoksalnie, kłopotów z przerwami na papierosa było znacznie mniej, gdy palący mogli cieszyć się nałogiem, nie opuszczając stanowiska pracy. Dzisiaj uniemożliwia to jednak obowiązująca ustawa o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych. Zadymione pomieszczenia i sterroryzowani niepalący to odchodzący w niepamięć relikt epoki PRL.
Z przepisów wynika niezbicie: palacze mogą oddawać się nałogowi wyłącznie w czasie przewidzianych przepisami przerw w pracy. Wielu z nich nie odmówi sobie jednak żadnej nadarzającej się okazji, by wyskoczyć na „szybką fajkę”. Co gorsza, takie przerwy przedłużają się – wystarczy przecież w palarni czy przed budynkiem wdać się z kimś w rozmowę.
Cierpią na tym niepalący. Zdarza się, że w czasie nieobecności palącego jego obowiązki musi przejąć kolega z pokoju. Udzielić informacji, odebrać telefon czy nawet wykonać zlecone przez szefa zadanie. To wszystko kosztem własnego czasu i zajęć.
Kamasutra w firmie. 69 pozycji, które sprawią Ci przyjemność w pracy!