Mało ich, mało…
W niektórych przypadkach korporacje sprawujące nadzór nad przedstawicielami „swoich” zawodów spełniają rolę surowego i uważnego kontrolera. Nie każdy może wykonywać, dla przykładu, zawód chirurga czy aptekarza, a także pielęgniarki czy inżyniera budowlanego. Działalność samorządów zawodowych jest więc konieczna. Wątpliwości nie budzi sam fakt ich istnienia, ale związane z nim nieprawidłowości. Oraz ich trudny do powstrzymania rozrost.
Działalność tych organów w społecznym odbiorze ma dwa oblicza. Z jednej strony pilnują reguł i poziomu oferowanych w zawodzie usług. Z drugiej – chronią przed szerokim dopływem do branży osób młodych, często spoza środowiska, a przez to ograniczają konkurencję.
Korporacyjność kusi bowiem przedstawicieli wielu profesji. Na przykład trzy lata temu na uznanie swego zajęcia za tzw. zawód zaufania publicznego oczekiwali pracownicy socjalni, fizykoterapeuci i kominiarze.
Im mniejsza liczba specjalistów w jakiejś dziedzinie, tym wyższych stawek mogą oni żądać. Ta stara prawda przyświeca wielu korporacjom. Tworząc zawody zamknięte, można do pewnego stopnia ograniczyć znaczenie konkurencji.
Jasne jest, że korporacje – a również, za ich pośrednictwem, państwo – nie mogą odpuścić sobie sprawdzania, czy ktoś nadaje się do wykonywania funkcji lekarza lub prawnika. Ale interes społeczny też powinien się liczyć. Wskazała na to m.in. Komisja Europejska, pisząc o ważnej roli konkurencji. Rynek nie zna innego instrumentu, który mógłby ją zastąpić. To właśnie dzięki niej każdy klient, chcący np. założyć sprawę sądową czy skorzystać z porady lekarza, powinien mieć możliwie największy wybór.
Jak to jednak często bywa, teoria rozmija się z praktyką. W Polsce z nadmiernym korporacjonizmem walczy m.in. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Wzrost ilości i znaczenia izb zawodowych pozostaje jednak faktem.
Tomasz Kowalczyk/MA