Nauka i praca w Kolumbii to idealna propozycja dla poszukiwaczy przygód i nowych wyzwań. Choć Polaków nie ma tam jeszcze zbyt wielu, z łatwością odnajdziesz się w tym latynoskim kraju, rozpoznając znajomą gościnność jego mieszkańców.
Do samolotu wsiadłam z przysłowiową duszą na ramieniu, ściskając w ręce wyuczony niemal na pamięć przewodnik Lonely Planet. Do walizki zapakowałam lekkie rzeczy sportowe, apteczkę z pewnością potrzebną na końcu świata oraz dwa litry płynu do soczewek. Powinno mi to wystarczyć na czas półrocznej wymiany na uniwersytecie de Los Andes w Bogocie.
Co kojarzy się z Kolumbią?
Po pierwsze, najlepsza na świecie kawa. Po drugie, zaraz po Brazylii największa różnorodność biologiczna. Po trzecie, i chyba najczęściej, przemoc związana z narkobiznesem oraz obawa przed możliwością porwania i kontaktu z kokainowym przemytem. Z takimi myślami wylądowałam w Bogocie, na wysokości 2600 metrów nad poziomem morza, gdzie długie pasmo gór wyznacza północ i południe miasta. I od tego momentu nastąpiła cała seria niespodzianek.
Przede wszystkim, wielkość i nowoczesność miasta. W samym centrum znajduje się dzielnica Candelaria z historyczną architekturą, pełną kolonialnych domów, kościołów i muzeów, w tym słynne Muzeum Złota ze skarbami prekolumbijskiej kultury. Dalej znajdują się główne siedziby banków i największych firm, a jeszcze dalej oszklone biurowce i centra handlowe ze sklepami wszelkich możliwych marek.
Pomna wskazówek przewodnika, aby przed wyjściem z domu zdejmować kolczyki (!), nigdy nie zatrzymywać taksówek na ulicy i ba, nawet nie ufać policjantom, bo mogą okazać się przebierańcami, stwierdzam po czasie, że bardziej niebezpiecznie jest w Londynie, gdzie do niektórych dzielnic nie należy zbliżać się o zmroku. W Kolumbii, pomimo mojego rzucającego się ewidentnie blond-wizerunku i znacznej ilości centymetrów wzrostu, nigdy mi się nic nieprzyjemnego nie przytrafiło. Nawet podczas przemierzania kraju niewygodnym autobusem.